Ten tekst to ciąg dalszy krótkiej serii soteriologicznej, o której wspominałem w tym artykule. Do wstępu poczynionego w zalinkowanym tekście, dodam:
Zaszły pewne zmiany w moim postrzeganiu tej kilkusetletniej debaty wewnątrz-protestanckiej (między innymi dzięki upływowi czasu między powstaniem tych felietoników oraz przez zagłębienie się w literaturę na temat teologii reformowanej [1]). Dlatego też, wbrew zapowiedzi - dzisiejszy tekst nie jest bezpośrednią krytyką kalwinizmu, ale ukazaniem, do czego prowadzi całkowite i, powiedziałbym, nierozsądne (ślepe) zaprzeczenie tezom arminian. Okazuje się bowiem, że nie prowadzi wcale do kalwinizmu, jak to do tej pory mi się zdawało, ale... odpowiedź jest zawarta w tytule ;).
---
W poprzedniej części serii soteriologicznej ukazałem trzy duże problemy, na które natknąłem się, badając doktryny arminiańskie. W swojej krytyce wobec arminiańskich założeń kierowałem się przede wszystkim logiką, co - ponownie - niektórym może wydać się podejściem niewłaściwym, gdyż powinienem był wyjść w rozważaniach od Biblii i zobaczyć, co otrzymam. Cóż, następnym artykułem - spoza tej serii - chciałbym dowieść, że odpowiednio manipulując pewną wybraną grupą wersetów można dowieść niemal dowolną teorię, zatem najuczciwiej byłoby... przeanalizować całą Biblię i jeszcze wziąć pod uwagę doświadczenia chrześcijan przed nami. Doprawdy, ciężkie to zajęcie - i w tym przypadku pozwolę sobie oprzeć się na już-dokonanych analizach teologów i tutaj ograniczę się do... znalezienia logicznej drogi wyjścia z błędów arminianizmu.
Punktem wyjścia niech będzie problem czynnika ludzkiego - spostrzeżenie, że jeżeli założymy, że zbawienie człowieka zależy choć w części od samego człowieka, serii przypadków lub abstrakcyjnego ośrodka wolnej woli, to i tak ostatecznie okaże się, że pierwotną przyczyną czegokolwiek był i jest Bóg. Jeśli Bóg zbawia pokornych, ludzi, którzy znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie, to możemy spytać, skąd pokora (lub ogólniej: wiara) w człowieku - i kto powoduje takie-a-takie zbiegi okoliczności (na przykład: kto zadecydował, że urodzimy się w takich czasach i w takich rodzinach?). Odpowiedź, jeśli będziemy szczerzy i konsekwentni, okaże się jednoznaczna: Bóg jest autorem wszystkich tych rzeczy. I ten wniosek był "punktem na plus" dla kalwinizmu.
Ma on jednak zasadniczą wadę - mechanizm ten, zastosowany w innych miejscach rozważań, może przynieść wnioski co najmniej zaskakujące, jeśli nie... heretyckie. Jeśli się teraz zastanowimy, na przykład, skąd zło i grzech na świecie - nagle odpowiedź może nie chcieć przejść nam przez gardło tak łatwo [2]. Bo jeżeli zło jest efektem upadku ludzkości, to możemy spytać, dlaczego pierwszy człowiek - Adam - postanowił zgrzeszyć. W myśl poprzedniej części: jeśli kierował nim abstrakcyjny ośrodek wolnej woli - wtedy wszystko jest sprawką "losu", który jest poza Bogiem, co jest absurdem (Ps 139 i Rz 8). Jeśli kierowało nim jakiekolwiek doświadczenie lub myśl, to, zgodnie z tym, co pisałem powyżej, możemy dojść do tego, że te doświadczenia i myśli w ostateczności (i "pierwszości") pochodziły od samego Boga.
Możemy zadać jeszcze bardziej naiwne pytania, które często padają na szkółkach niedzielnych: po co w ogóle Bóg zasadził drzewo poznania dobra i zła w Edenie? I w ogóle co to drzewo oznacza?! Dalej: po co Bóg w ogóle stwarzał szatana (czy raczej: anioła, o którym Bóg przecież wiedział, kim się stanie)? Jaki miał w tym cel, skoro wiedział, do jakiego zła to wszystko doprowadzi?
Na "dobitkę" możemy też sobie zacytować ciekawy werset biblijny:
Iz 45: (7) Ja tworzę światłość i stwarzam ciemność, Ja przygotowuję zarówno zbawienie, jak i nieszczęście, Ja, Pan, czynię to wszystko.
Teraz okazuje się, że to Bóg jest... twórcą zła...? Dlaczego Bóg tworzy zło? Po co? Jaką ma z tego chwałę - że broni nas przed złem, które wywołał? Jest strażakiem-podpalaczem?
A może kiedyś jakiś biblijny troll podesłał wam taką o to ciekawostkę - dwa różne wersety ze Starego Testamentu, które opisują to samo wydarzenie:
1Krn 21: (1) Wtedy wystąpił szatan przeciwko Izraelowi, pobudziwszy Dawida do tego, aby policzył Izraelitów.
2Sam 24: (1) Potem ponownie rozgorzał gniew Pana na Izraela, tak iż pobudził Dawida przeciwko nim, mówiąc: Nuże, policz Izraela i Judę!
Co o tym sądzić, wobec powyższego [3]?
Maszyna toczy się jeszcze dalej, bo - cały czas czas według tych rozważań - Bóg nie tylko tworzy zło i zaplanował upadek ludzkości i grzech, ale... wymaga jeszcze od nas odpowiedzialności za te czyny! Powoduje, że jedni są zbawiani z łaski, a drudzy potępiani na podstawie własnych uczynków i buntu, ale skoro owe uczynki dekretuje sam Bóg i skoro owy bunt to też efekt planu Boga, to... za co ktokolwiek jest potępiany? Jeśli wszystko, co czynimy, wynika z Bożego przeznaczenia, to, doprawdy, niesprawiedliwym byłoby szukać tutaj odpowiedzialności w stworzeniu, prawda? I można by bronić Boga kalwińskim kompatybilizmem i stwierdzić, że przecież ludzie, którzy czynią zło, czynią je z własnej woli i winy - Bóg ich do niczego nie zmusza. I jest to prawda, ale na wyższym poziomie abstrakcji przestaje to działać: Bóg nie zmusza, ale planuje upadek ludzkości w Edenie i w konsekwencji faktycznie wiele ludzi chce czynić zło - ale chce tego z powodu właśnie planu Boga. To ostatnie zresztą już ostatnio znaleźliśmy w Biblii:
Prz 16:
(4) Pan wszystko uczynił dla swoich celów, nawet bezbożnego na dzień sądu.
Gdyby Bóg nie chciał zła na świecie, to przecież nie tworzyłby szatana i nie zasadzałby tego drzewa, prawda [4]?
Kończymy naszą podróż w miejscu, które stwierdza, że wszystko, co się dzieje, dzieje się, ponieważ Bóg tak dokładnie tego chciał. I odgórnie przeznaczył część ludzi do zbawienia, a część na potępienie. Dodatkowo, stworzył zło i zaplanował stworzenie szatana i upadek ludzkości. Lepiej: odpowiedzialnością za to wszystko obarcza człowieka! W żadnym odczuciu nie wydaje się to komukolwiek zbyt... sprawiedliwe. Tym oto sposobem znaleźliśmy się u wrót fatalizmu - skrajnej formy determinizmu. Czy cokolwiek, co czynimy, ma zatem sens?
Smutny świat kreśli fatalizm. Smutny człowiek pod władzą Boga, który tworzy zło...
...tylko... czy Biblia faktycznie popiera takie poglądy...?
Ciąg dalszy nastąpi.
---
[1] - Właściwie mam na myśli jedną pozycję owej "literatury na temat teologii reformowanej" - Systematic Theology autorstwa W. Grudema. Szczerze polecam tę książkę (a raczej opasłe tomisko) - jestem w trakcie jej czytania i właśnie ona zainspirowała mnie do zmiany planów wobec powyższej serii [1a].
[1a] - Tak, zrezygnowałem z oznaczania przypisów za pomocą "gwiazdek" - "*", gdyż zbyt często musiałem uważać, by nie przekroczyć liczby trzech przypisów. Powód? Komiczny wygląd zwiększającego się rządku "gwiazdek" przy wyrazach: ****, *****, ******,... . Można powiedzieć - zwłaszcza na tym blogu - że przeszedłem z systemu jedynkowego z zerem podmienionym przez jedynkę do systemu dziesiętnego ;).
[2] - Nie jest to bynajmniej pytanie odkrywcze - ludzkość od dawien dawna pyta o pochodzenia zła na świecie - zwłaszcza chrześcijan, którzy wyznają imię dobrego Boga.
[3] - Dla zmartwionych: spokojnie, Bóg i szatan to nie te same osoby - myśl tę rozwinę w trzeciej części. Tutaj specjalnie to sugeruję - dla efektu logiczności moich rozważań...
[4] - I ta myśl zostanie rozwinięta, choć za pewne mało satysfakcjonująco - zgodnie z mało kompletną wypowiedzią Pawła w Rz 9 :).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teologia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 lutego 2014
piątek, 20 grudnia 2013
Trzy problemy arminianizmu
Ten tekst to początek krótkiej serii na temat debaty o soteriologii - gałęzi teologii zajmującej się kwestią zbawienia. Konkretnie, chodzi o spór arminian z kalwinistami. Ci pierwsi oderwali się od tych drugich w sporze między innymi na temat predestynacji - tematu, który będę jeszcze szerzej poruszał. Sformułowali oni tak zwane "Pięć Artykułów Remonstracji", na które kalwiniści odpowiedzieli "pięcioma punktami kalwinizmu". Wygodnie będzie szybko porównać wierzenia obu ruchów właśnie w formie takich punktów:
Arminianizm:
1. Człowiek jest zdeprawowany przez grzech i rodzi się z grzeszną naturą, ale jego wolna wola nie jest na tyle ograniczona, by człowiek nie mógł zdecydował się nawrócić;
2. Zbawienie jest zależne od decyzji człowieka;
3. Odkupienie dokonane na krzyżu przez Jezusa jest dla wszystkich (i Bóg chce, aby wszyscy w swej wolnej woli skorzystali z Jego ofiary);
4. Łaskę zbawienia można odrzucić - jeśli Duch Święty porusza człowieka ku nawróceniu, to ten może przeciwstawić się jego działaniu w swoim zatwardzeniu serca;
5. Przyjęte już zbawienie można utracić, ale zawsze też ponownie się nawrócić.
Kalwinizm:
1. Człowiek jest całkowicie zdeprawowany przez grzech i w swej grzesznej od urodzenia naturze nie chce Boga i Jego zbawienia;
2. Zbawienie nie jest zależne od niczego w człowieku ani jego woli, ale od Boga jedynie (Bóg wybiera grupę ludzi do zbawienia - to właśnie predestynacja);
3. Odkupienie dokonane na krzyżu przez Jezusa jest jedynie dla wybranych do zbawienia;
4. Łaski zbawienia nie można odrzucić - jeśli Duch Święty porusza człowieka ku nawróceniu, to porusza efektywnie;
5. Wybrani do zbawienia wytrwają w wierze do końca życia i nigdy nie utracą tej łaski (once saved, always saved), a jeśli ktoś odrzuca wiarę, to albo tylko w ramach tymczasowego kryzysu, albo tak naprawdę nigdy nie był zbawiony.
Ja sam nie identyfikuję się w całości z żadnym z powyższych ruchów doktrynalnych. Wychowałem się w rodzinie arminiańskiej*, ale ponad rok temu przyjrzałem się teologii reformowanej (czyli, w dużej mierze, kalwinistycznej) i ta bardzo na mnie wpłynęła. Na tyle, że dziś bardziej utożsamiam się z kalwinistami właśnie, choć w obu systemach teologicznych odnajduję błędy lub niesatysfakcjonujący brak odpowiedzi. Krótka seria, o której pisałem, dotyczy moich przemyśleń na ten temat i składa się z krytyki obu systemów, problemu nieskończonego ciągu myślowego na temat najlepszego możliwego świata i, przynajmniej na razie, kończy się na próbie syntezy tych doktryn w sposób... bliski fizyce... :).
Zacznijmy zatem od tytułowych "trzech problemów arminianizmu". Oczywiście prościej i bardziej tradycyjnie byłoby po prostu skonfrontować punkty arminianizmu z Biblią, ale ja pozwolę sobie na bardziej... hm... filozoficzne podejście, co może niektórym wydawać się błędne. Jednak opracowań na temat owej protestanckiej debaty soteriologicznej jest mnóstwo, toteż dla mnie wystarczającym będzie podzielić się własnymi myślami**. Poza tym i tak dodam co nieco wersetów biblijnych dla usprawiedliwienia swoich zarzutów :). Wszędzie poniżej zakładam prawdziwość arminianizmu i odnajduję w związku z tym założeniem następujące sprzeczności:
(1) Problem czynnika ludzkiego
Możemy zadać pytanie, co w człowieku - jaka jego część - jest odpowiedzialna za podjęcie decyzji o wybraniu Jezusa i ostatecznie zbawieniu. Jeśli to od nas zależy, czy odpowiemy na wołanie Ducha Świętego, czy otworzymy drzwi serca, do których puka Jezus***, to konkretnie: od jakiej części nas? Innymi słowy, co odróżnia (przyszłych) wierzących od (zawsze) niewierzących, że ci pierwsi decydują się nawrócić, a drudzy mają całą sprawę gdzieś? Co takiego mają w sobie niektórzy ludzie, że decydują się nawrócić do Boga? Czym się wyróżniają?
Owy tajemniczy czynnik ludzki - nazwijmy go dla wygody X (bardzo dumna nazwa) - może być jedną rzeczą, ale może być też złożeniem wielu innych pomniejszych czynników. Może być to kwestią, na przykład, mądrości - tylko mądrzy ludzie nie są na tyle ślepi, że zauważają, że ich grzeszne życie prowadzi ich na zatracenie i dlatego decydują się zawierzyć Bogu. Może być to kwestia pokornego życia (wszak przecież Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym łaskę daje (Jak 4:6)), co sprawia, że niepokorni ludzie nie dostępują zbawienia (tylko jak to się ma do bardzo niepokornego faryzeusza Saula / Szawła, którego jednak sam Jezus nawrócił w wizji i dziś znamy go jako apostoła Pawła...?). A może X jest kwestią serii zbiegów okoliczności w naszym życiu i ktoś urodzony już w rodzinie chrześcijańskiej ma w pewnym sensie "przewagę" i większe prawdopodobieństwo uwierzenia, a osoba, której życie dokopało (lub raczej przeciwnie: bardzo szczodrze uhonorowało złotem i przepychem) raczej nie będzie zainteresowana osobą Boga.
X może być czymkolwiek z powyższych, czymś zupełnie innym, lub mieszanką części lub wszystkich tych kwestii. Pozostaje jednak pytanie, skąd człowiek ma X? Skąd człowiek ma mądrość? Skąd ma pokorę? Kto ustala, co dzieje się na naszej planecie, kto ustala, w jakiej rodzinie kto się urodzi? Skąd mamy cokolwiek w nas, co mamy? Skąd mamy wątrobę, mózg, serce i nerki?
Odpowiedź staje się nagle jednoznaczna: od Boga. Nie mogliśmy sami z siebie wyhodować żadnej z powyższej rzeczy ani spowodować takiego-a-takiego przebiegu wypadków. Jeśli do X zalicza się mądrość, to mądrość mamy od Boga, a więc od Niego zależy część zbawienia. Jeśli do X zalicza się pokora, to pokorę mamy od Boga (tak nas stworzył lub tak pokierował wydarzeniami, że staliśmy się pokorni), a więc znów od Niego zależy kolejna część zbawienia. Jeśli do X zalicza się nasze życiowe doświadczenie i nasze otoczenie czy zbieg różnorakich wypadków, to to wszystko dzieje się tylko dlatego, że taki obrót wypadków zadekretował Bóg. I oto okazuje się, że autorem całego zbawienia jest Bóg. Jakże zatem można twierdzić, że zbawienie człowieka zależy od wyboru człowieka? Podobnie stwierdza Pismo:
Rz 9: (15) Mówi bowiem do Mojżesza: Zmiłuję się, nad kim się zmiłuję, a zlituję się, nad kim się zlituję. (16) A zatem nie zależy to od woli człowieka, ani od jego zabiegów, lecz od zmiłowania Bożego.
Istnieje linia obrony tego poglądu, która, według mnie, warta jest zapisania. Można przyjąć, że nie mamy pojęcia, czym dokładnie jest X, ale nie jest żadną z wymienionych powyżej rzeczy ani żadną podobną. Jest raczej abstrakcyjnym ośrodkiem zwanym wolną wolą, w której taka decyzja zapada niezależnie od Boga. A ponieważ Bóg jest wszechmogący, to może uczynić taki ośrodek w człowieku, który byłby niezależny od Jego woli. Jednak poza zaprzeczeniem powyżej cytowanego wersetu z Rzymian, rodzi to jeszcze inne komplikacje:
- Nigdzie Biblia nie stwierdza, że mamy "wolną wolę", wręcz przeciwnie, stwierdza, że nasza wola jest w szatańskiej niewoli, dopóki sam Bóg jej nie uwolni:
J 8: (31) Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie (32) i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi. (33) Odpowiedzieli mu: Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy u nikogo w niewoli. Jakże możesz mówić: Wyswobodzeni będziecie? (34) Jezus im odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, każdy, kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu;
- Bóg tworzy świat, którego sam nie zna, jeśli pewnym osobom daje zdolność nawrócenia w pewnym sensie w sposób... losowy. Nie jest to głębokie poznanie, o którym czytamy w Ps 139 czy Rz 8, ale rodzaj... gry na kosmiczną skalę;
- Nadal można by pytać o charakter działania takiego abstrakcyjnego ośrodka wolnej woli - jeśli jest to coś ponad człowiekiem i nie pochodzi (celowo) od Boga, to nadal sprawia, że człowiek jest predestynowany do zbawienia lub na potępienie właśnie na podstawie tego ośrodka, który działa niezależnie od samego człowieka.
(2) Problem przedwiedzy Boga
Do prostej sprzeczności można dojść, stosując taki prosty (żeby nie napisać: prostacki!) obraz:
Bóg właśnie tworzy Jana Kowalskiego. O tym, że tworzy ludzi w sposób bardzo... intymny... świadczy choćby wspominany już psalm:
Ps 139: (13) Bo Ty stworzyłeś nerki moje, Ukształtowałeś mnie w łonie matki mojej. (14) Wysławiam cię za to, że cudownie mnie stworzyłeś. Cudowne są dzieła twoje I duszę moją znasz dokładnie. (15) Żadna kość moja nie była ukryta przed tobą, Choć powstawałem w ukryciu, Utkany w głębiach ziemi. (16) Oczy twoje widziały czyny moje, W księdze twej zapisane były wszystkie dni przyszłe, Gdy jeszcze żadnego z nich nie było.
tutaj aplikowany do każdego człowieka, gdyż arminianie zawsze wychodzą z założenia, że Bóg kocha każdego człowieka (co nie znaczy, że ja to podważam).
Tworząc go, spogląda w przyszłość (lub nawet nie musi spoglądać, jeśli jest pozaczasowy, o czym również chciałbym kiedyś napisać) lub zagląda do "księgi swej" i widzi, że np. owy Jan Kowalski nigdy nie przyjmie Jezusa do swojego serca, zatwardzi swoje serce i będzie głuchy na Ewangelię, którą nie raz zwiastować mu będą wierzący znajomi. I widzi, że Jan umrze w grzesznym stanie potępienia i faktycznie zostanie skazany i wrzucony do (szeroko rozumianego) piekła. I oto okazuje się, że Bóg mimo tej przedwiedzy, jaką posiada o Janie Kowalskim... stwarza go - pozwala mu się urodzić, żyć dokładnie tak jak przewidział i umrzeć w stanie potępiającym. Cóż, czyż Bóg właśnie nie stworzył człowieka tylko po to, żeby go potępić? A więc zrobił coś, z czym arminianie absolutnie się nie zgadzają i nie chcą wierzyć w Boga, który mógłby zrobić coś takiego. A tymczasem ten prosty obraz ukazuje, że... tak właśnie to wygląda w związku z Bożą przedwiedzą. Owszem, Jan Kowalski, zgodnie z twierdzeniami arminianizmu, sam jest sobie winien, ale jeśli Bóg nie chce potępienia żadnego człowieka, to po co tworzy człowieka jak przykładowy Jan?
W Biblii odpowiedź wydaje się jasna:
Prz 16: (4) Pan wszystko uczynił dla swoich celów, nawet bezbożnego na dzień sądu.
A więc Bóg ma pewne "swoje" cele, żeby tak czynić. Sprzeczne jest to jednak z twierdzeniami arminianizmu, mówiącymi, że jedynie ludzka wolna wola stoi na przeszkodzie w zbawieniu człowieka i tak naprawdę Bóg jedynie czeka, aż raczymy zaprosić Jezusa do swojego serca (znów: ***). Gdyby naprawdę nie chciał, aby ktokolwiek był potępiony (jak sugerują arminianie zasłaniając się 1Tym 2:3-4), to przecież nie tworzyłby takiego Jana Kowalskiego, prawda? Musi istnieć zatem ważniejszy cel niż zbawienie wszystkich ludzi z perspektywy Boga. I nie jest to nawet ludzka "wolna wola", ale pewne "cele" Pana, o których nawet nie wiemy.
Prób obrony tego poglądu znam dwie, z czego jedna jest niewarta uwagi, gdyż zakłada niepełną wiedzę Boga. Druga zaś skupia się na tym, że dzieło stworzenia jest już zakończone i Bóg nikogo nie stwarza, ale to ludzie sami się rozmnażają. Nie jest to jednak obroną, gdyż nadal przeczy to Ps 139, ale także odwraca uwagę od głównego problemu: tego, że Bóg wszystko to wiedział o swoim stworzeniu i nadal pozwolił na pojawienie się jakiegokolwiek grzesznika na Ziemi.
(3) Problem miłości i wolności
Ten problem jest mocno skorelowany z problemem najlepszego możliwego świata, jaki Bóg mógł stworzyć. Będę jeszcze o tej idei pisał, zatem tutaj jedynie napomknę, czego ten problem dotyczy.
Mianowicie, arminianizm twierdzi, że ośrodek wolnej woli jest ludzkości i Bogu wręcz niemal potrzebny, gdyż bez wolnej woli człowiek nie może szczerze chwalić Boga ani, przede wszystkim, Go kochać. Argumentują, że miłość bez wolnej woli nie jest miłością. I tu już pojawia się pierwszy problem, gdyż miłość staje się siłą, która jest ponad Bogiem i to na tyle silną i od Boga niezależną, że sam Stwórca jej potrzebuje i właśnie dla takiej miłości stworzył nas - ludzi. Jest to oczywiście nieprawdą, gdyż to sam Bóg jest miłością (1J 4:8, 16) i nie jest jej podległy, gdyż to On ją tworzy i nią emanuje. Nią obdarza człowieka i nastawia jego serce ku sobie - tak, jak przemienia się serce kamienne w mięsiste:
Ez 36: (26) I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam do waszego wnętrza, i usunę z waszego ciała serce kamienne, a dam wam serce mięsiste.
Zatem nie można powiedzieć, że brak absolutnie wolnej woli przeczy miłości, gdyż miłość i tak jest zależna od Boga i fakt, że możemy kochać Go lub kogokolwiek z ludzi wynika tylko z tego, że Stwórca nam tej miłości - siebie - udzielił. Są to zatem rzeczy niewykluczające się wzajemnie, wbrew temu, co twierdzą arminianie.
Drugim przykładem takiego działania Boga jest Niebo - Nowa Ziemia, czy jakąkolwiek eschatologię się wyznaje - miejsce, w którym zbawieni ludzie będą wiecznie przebywać ze swoim Twórcą. Będzie to miejsce, w którym jednocześnie:
- będziemy mieli przemienione serca i umysły
oraz
- będziemy całkowicie kochać Boga i wychwalać wspaniałe Jego dzieła.
Zatem możliwe jest być w stanie jednoczesnej miłości doskonałej oraz być gruntownie przemienionym przez Boga. Przecież nikt nie będzie w Niebie skarżył się Bogu na fakt, że Ten bez niczyjej zgody zaingeruje w naszą budowę i odmieni naszą grzeszną naturę raz na zawsze. Dlaczego zatem arminianie twierdzą, że prawdziwie kochający Bóg nie może ingerować w nasze doczesne życia?
Według arminian: wolna wola jest potrzebna do prawdziwej miłości - co okazuje się nieprawdą wobec faktu, że Bóg jest miłością; i Stwórca nie może zmieniać naszych umysłów bez naszej zgody, a jednak dokładnie to będzie się dziać w Niebie i - chyba każdy się zgodzi - dzieje się już teraz. Przecież wspominana już historia nawrócenia Pawła pokazuje nieproszoną ingerencję Boga w życie człowieka, który daleki był od bycia pokornym sługą Boga (ale był raczej gorliwym faryzeuszem - jednym z tych, których Jezus wcześniej potępiał). I to właśnie dlatego tak dużo "wątków kalwinistycznych" w listach Pawła, choć oczywiście nie tylko tam znajdziemy fragmenty tej doktryny (Ewangelia wg Jana również jest bardziej "kalwinistyczna").
To tyle, jeśli chodzi o moją krytykę arminianizmu. Nie są to jedyne problemy, które znajduję w tym systemie teologicznym, ale te właśnie chyba najbardziej mnie bolą, gdyż... sam się na nie nadziałem w swoim życiu.
Ciąg dalszy (o teologii reformowanej) nastąpi!
UPDATE: ciąg dalszy nastąpił!
* Nie mam nawet pojęcia, czy dobrze odmieniam ten wyraz w języku polskim... Jest on AŻ TAK rzadko używany...
** Oczywiście "własnymi" nie oznacza, że nikt inny też na to nie wpadł i nie opisał - wręcz przeciwnie, widziałem opracowania stawiające takie same problemy filozoficzne / logiczne / gdybologiczne (a nawet dużo większą ich ilość). Te przedstawione tutaj są jednak moim własnym wytworem, a nie streszczeniem czegoś, co gdzieś wcześniej przeczytałem, toteż znajduję właściwym umieścić takie myśli na blogu :).
*** Obraz, owszem, biblijny, ale jakże często spłaszczający Chrystusa - Mesjasza podtrzymującego każdy atom jakiegokolwiek istnienia przy życiu za pomocą swojego oddechu - do Jezuska - miłego hippisa, dla którego w życiu liczą się tylko emocje i abyśmy czuli się "dobrze"...
Arminianizm:
1. Człowiek jest zdeprawowany przez grzech i rodzi się z grzeszną naturą, ale jego wolna wola nie jest na tyle ograniczona, by człowiek nie mógł zdecydował się nawrócić;
2. Zbawienie jest zależne od decyzji człowieka;
3. Odkupienie dokonane na krzyżu przez Jezusa jest dla wszystkich (i Bóg chce, aby wszyscy w swej wolnej woli skorzystali z Jego ofiary);
4. Łaskę zbawienia można odrzucić - jeśli Duch Święty porusza człowieka ku nawróceniu, to ten może przeciwstawić się jego działaniu w swoim zatwardzeniu serca;
5. Przyjęte już zbawienie można utracić, ale zawsze też ponownie się nawrócić.
Kalwinizm:
1. Człowiek jest całkowicie zdeprawowany przez grzech i w swej grzesznej od urodzenia naturze nie chce Boga i Jego zbawienia;
2. Zbawienie nie jest zależne od niczego w człowieku ani jego woli, ale od Boga jedynie (Bóg wybiera grupę ludzi do zbawienia - to właśnie predestynacja);
3. Odkupienie dokonane na krzyżu przez Jezusa jest jedynie dla wybranych do zbawienia;
4. Łaski zbawienia nie można odrzucić - jeśli Duch Święty porusza człowieka ku nawróceniu, to porusza efektywnie;
5. Wybrani do zbawienia wytrwają w wierze do końca życia i nigdy nie utracą tej łaski (once saved, always saved), a jeśli ktoś odrzuca wiarę, to albo tylko w ramach tymczasowego kryzysu, albo tak naprawdę nigdy nie był zbawiony.
Ja sam nie identyfikuję się w całości z żadnym z powyższych ruchów doktrynalnych. Wychowałem się w rodzinie arminiańskiej*, ale ponad rok temu przyjrzałem się teologii reformowanej (czyli, w dużej mierze, kalwinistycznej) i ta bardzo na mnie wpłynęła. Na tyle, że dziś bardziej utożsamiam się z kalwinistami właśnie, choć w obu systemach teologicznych odnajduję błędy lub niesatysfakcjonujący brak odpowiedzi. Krótka seria, o której pisałem, dotyczy moich przemyśleń na ten temat i składa się z krytyki obu systemów, problemu nieskończonego ciągu myślowego na temat najlepszego możliwego świata i, przynajmniej na razie, kończy się na próbie syntezy tych doktryn w sposób... bliski fizyce... :).
Zacznijmy zatem od tytułowych "trzech problemów arminianizmu". Oczywiście prościej i bardziej tradycyjnie byłoby po prostu skonfrontować punkty arminianizmu z Biblią, ale ja pozwolę sobie na bardziej... hm... filozoficzne podejście, co może niektórym wydawać się błędne. Jednak opracowań na temat owej protestanckiej debaty soteriologicznej jest mnóstwo, toteż dla mnie wystarczającym będzie podzielić się własnymi myślami**. Poza tym i tak dodam co nieco wersetów biblijnych dla usprawiedliwienia swoich zarzutów :). Wszędzie poniżej zakładam prawdziwość arminianizmu i odnajduję w związku z tym założeniem następujące sprzeczności:
(1) Problem czynnika ludzkiego
Możemy zadać pytanie, co w człowieku - jaka jego część - jest odpowiedzialna za podjęcie decyzji o wybraniu Jezusa i ostatecznie zbawieniu. Jeśli to od nas zależy, czy odpowiemy na wołanie Ducha Świętego, czy otworzymy drzwi serca, do których puka Jezus***, to konkretnie: od jakiej części nas? Innymi słowy, co odróżnia (przyszłych) wierzących od (zawsze) niewierzących, że ci pierwsi decydują się nawrócić, a drudzy mają całą sprawę gdzieś? Co takiego mają w sobie niektórzy ludzie, że decydują się nawrócić do Boga? Czym się wyróżniają?
Owy tajemniczy czynnik ludzki - nazwijmy go dla wygody X (bardzo dumna nazwa) - może być jedną rzeczą, ale może być też złożeniem wielu innych pomniejszych czynników. Może być to kwestią, na przykład, mądrości - tylko mądrzy ludzie nie są na tyle ślepi, że zauważają, że ich grzeszne życie prowadzi ich na zatracenie i dlatego decydują się zawierzyć Bogu. Może być to kwestia pokornego życia (wszak przecież Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym łaskę daje (Jak 4:6)), co sprawia, że niepokorni ludzie nie dostępują zbawienia (tylko jak to się ma do bardzo niepokornego faryzeusza Saula / Szawła, którego jednak sam Jezus nawrócił w wizji i dziś znamy go jako apostoła Pawła...?). A może X jest kwestią serii zbiegów okoliczności w naszym życiu i ktoś urodzony już w rodzinie chrześcijańskiej ma w pewnym sensie "przewagę" i większe prawdopodobieństwo uwierzenia, a osoba, której życie dokopało (lub raczej przeciwnie: bardzo szczodrze uhonorowało złotem i przepychem) raczej nie będzie zainteresowana osobą Boga.
X może być czymkolwiek z powyższych, czymś zupełnie innym, lub mieszanką części lub wszystkich tych kwestii. Pozostaje jednak pytanie, skąd człowiek ma X? Skąd człowiek ma mądrość? Skąd ma pokorę? Kto ustala, co dzieje się na naszej planecie, kto ustala, w jakiej rodzinie kto się urodzi? Skąd mamy cokolwiek w nas, co mamy? Skąd mamy wątrobę, mózg, serce i nerki?
Odpowiedź staje się nagle jednoznaczna: od Boga. Nie mogliśmy sami z siebie wyhodować żadnej z powyższej rzeczy ani spowodować takiego-a-takiego przebiegu wypadków. Jeśli do X zalicza się mądrość, to mądrość mamy od Boga, a więc od Niego zależy część zbawienia. Jeśli do X zalicza się pokora, to pokorę mamy od Boga (tak nas stworzył lub tak pokierował wydarzeniami, że staliśmy się pokorni), a więc znów od Niego zależy kolejna część zbawienia. Jeśli do X zalicza się nasze życiowe doświadczenie i nasze otoczenie czy zbieg różnorakich wypadków, to to wszystko dzieje się tylko dlatego, że taki obrót wypadków zadekretował Bóg. I oto okazuje się, że autorem całego zbawienia jest Bóg. Jakże zatem można twierdzić, że zbawienie człowieka zależy od wyboru człowieka? Podobnie stwierdza Pismo:
Rz 9: (15) Mówi bowiem do Mojżesza: Zmiłuję się, nad kim się zmiłuję, a zlituję się, nad kim się zlituję. (16) A zatem nie zależy to od woli człowieka, ani od jego zabiegów, lecz od zmiłowania Bożego.
Istnieje linia obrony tego poglądu, która, według mnie, warta jest zapisania. Można przyjąć, że nie mamy pojęcia, czym dokładnie jest X, ale nie jest żadną z wymienionych powyżej rzeczy ani żadną podobną. Jest raczej abstrakcyjnym ośrodkiem zwanym wolną wolą, w której taka decyzja zapada niezależnie od Boga. A ponieważ Bóg jest wszechmogący, to może uczynić taki ośrodek w człowieku, który byłby niezależny od Jego woli. Jednak poza zaprzeczeniem powyżej cytowanego wersetu z Rzymian, rodzi to jeszcze inne komplikacje:
- Nigdzie Biblia nie stwierdza, że mamy "wolną wolę", wręcz przeciwnie, stwierdza, że nasza wola jest w szatańskiej niewoli, dopóki sam Bóg jej nie uwolni:
J 8: (31) Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie (32) i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi. (33) Odpowiedzieli mu: Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy u nikogo w niewoli. Jakże możesz mówić: Wyswobodzeni będziecie? (34) Jezus im odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, każdy, kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu;
- Bóg tworzy świat, którego sam nie zna, jeśli pewnym osobom daje zdolność nawrócenia w pewnym sensie w sposób... losowy. Nie jest to głębokie poznanie, o którym czytamy w Ps 139 czy Rz 8, ale rodzaj... gry na kosmiczną skalę;
- Nadal można by pytać o charakter działania takiego abstrakcyjnego ośrodka wolnej woli - jeśli jest to coś ponad człowiekiem i nie pochodzi (celowo) od Boga, to nadal sprawia, że człowiek jest predestynowany do zbawienia lub na potępienie właśnie na podstawie tego ośrodka, który działa niezależnie od samego człowieka.
(2) Problem przedwiedzy Boga
Do prostej sprzeczności można dojść, stosując taki prosty (żeby nie napisać: prostacki!) obraz:
Bóg właśnie tworzy Jana Kowalskiego. O tym, że tworzy ludzi w sposób bardzo... intymny... świadczy choćby wspominany już psalm:
Ps 139: (13) Bo Ty stworzyłeś nerki moje, Ukształtowałeś mnie w łonie matki mojej. (14) Wysławiam cię za to, że cudownie mnie stworzyłeś. Cudowne są dzieła twoje I duszę moją znasz dokładnie. (15) Żadna kość moja nie była ukryta przed tobą, Choć powstawałem w ukryciu, Utkany w głębiach ziemi. (16) Oczy twoje widziały czyny moje, W księdze twej zapisane były wszystkie dni przyszłe, Gdy jeszcze żadnego z nich nie było.
tutaj aplikowany do każdego człowieka, gdyż arminianie zawsze wychodzą z założenia, że Bóg kocha każdego człowieka (co nie znaczy, że ja to podważam).
Tworząc go, spogląda w przyszłość (lub nawet nie musi spoglądać, jeśli jest pozaczasowy, o czym również chciałbym kiedyś napisać) lub zagląda do "księgi swej" i widzi, że np. owy Jan Kowalski nigdy nie przyjmie Jezusa do swojego serca, zatwardzi swoje serce i będzie głuchy na Ewangelię, którą nie raz zwiastować mu będą wierzący znajomi. I widzi, że Jan umrze w grzesznym stanie potępienia i faktycznie zostanie skazany i wrzucony do (szeroko rozumianego) piekła. I oto okazuje się, że Bóg mimo tej przedwiedzy, jaką posiada o Janie Kowalskim... stwarza go - pozwala mu się urodzić, żyć dokładnie tak jak przewidział i umrzeć w stanie potępiającym. Cóż, czyż Bóg właśnie nie stworzył człowieka tylko po to, żeby go potępić? A więc zrobił coś, z czym arminianie absolutnie się nie zgadzają i nie chcą wierzyć w Boga, który mógłby zrobić coś takiego. A tymczasem ten prosty obraz ukazuje, że... tak właśnie to wygląda w związku z Bożą przedwiedzą. Owszem, Jan Kowalski, zgodnie z twierdzeniami arminianizmu, sam jest sobie winien, ale jeśli Bóg nie chce potępienia żadnego człowieka, to po co tworzy człowieka jak przykładowy Jan?
W Biblii odpowiedź wydaje się jasna:
Prz 16: (4) Pan wszystko uczynił dla swoich celów, nawet bezbożnego na dzień sądu.
A więc Bóg ma pewne "swoje" cele, żeby tak czynić. Sprzeczne jest to jednak z twierdzeniami arminianizmu, mówiącymi, że jedynie ludzka wolna wola stoi na przeszkodzie w zbawieniu człowieka i tak naprawdę Bóg jedynie czeka, aż raczymy zaprosić Jezusa do swojego serca (znów: ***). Gdyby naprawdę nie chciał, aby ktokolwiek był potępiony (jak sugerują arminianie zasłaniając się 1Tym 2:3-4), to przecież nie tworzyłby takiego Jana Kowalskiego, prawda? Musi istnieć zatem ważniejszy cel niż zbawienie wszystkich ludzi z perspektywy Boga. I nie jest to nawet ludzka "wolna wola", ale pewne "cele" Pana, o których nawet nie wiemy.
Prób obrony tego poglądu znam dwie, z czego jedna jest niewarta uwagi, gdyż zakłada niepełną wiedzę Boga. Druga zaś skupia się na tym, że dzieło stworzenia jest już zakończone i Bóg nikogo nie stwarza, ale to ludzie sami się rozmnażają. Nie jest to jednak obroną, gdyż nadal przeczy to Ps 139, ale także odwraca uwagę od głównego problemu: tego, że Bóg wszystko to wiedział o swoim stworzeniu i nadal pozwolił na pojawienie się jakiegokolwiek grzesznika na Ziemi.
(3) Problem miłości i wolności
Ten problem jest mocno skorelowany z problemem najlepszego możliwego świata, jaki Bóg mógł stworzyć. Będę jeszcze o tej idei pisał, zatem tutaj jedynie napomknę, czego ten problem dotyczy.
Mianowicie, arminianizm twierdzi, że ośrodek wolnej woli jest ludzkości i Bogu wręcz niemal potrzebny, gdyż bez wolnej woli człowiek nie może szczerze chwalić Boga ani, przede wszystkim, Go kochać. Argumentują, że miłość bez wolnej woli nie jest miłością. I tu już pojawia się pierwszy problem, gdyż miłość staje się siłą, która jest ponad Bogiem i to na tyle silną i od Boga niezależną, że sam Stwórca jej potrzebuje i właśnie dla takiej miłości stworzył nas - ludzi. Jest to oczywiście nieprawdą, gdyż to sam Bóg jest miłością (1J 4:8, 16) i nie jest jej podległy, gdyż to On ją tworzy i nią emanuje. Nią obdarza człowieka i nastawia jego serce ku sobie - tak, jak przemienia się serce kamienne w mięsiste:
Ez 36: (26) I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam do waszego wnętrza, i usunę z waszego ciała serce kamienne, a dam wam serce mięsiste.
Zatem nie można powiedzieć, że brak absolutnie wolnej woli przeczy miłości, gdyż miłość i tak jest zależna od Boga i fakt, że możemy kochać Go lub kogokolwiek z ludzi wynika tylko z tego, że Stwórca nam tej miłości - siebie - udzielił. Są to zatem rzeczy niewykluczające się wzajemnie, wbrew temu, co twierdzą arminianie.
Drugim przykładem takiego działania Boga jest Niebo - Nowa Ziemia, czy jakąkolwiek eschatologię się wyznaje - miejsce, w którym zbawieni ludzie będą wiecznie przebywać ze swoim Twórcą. Będzie to miejsce, w którym jednocześnie:
- będziemy mieli przemienione serca i umysły
oraz
- będziemy całkowicie kochać Boga i wychwalać wspaniałe Jego dzieła.
Zatem możliwe jest być w stanie jednoczesnej miłości doskonałej oraz być gruntownie przemienionym przez Boga. Przecież nikt nie będzie w Niebie skarżył się Bogu na fakt, że Ten bez niczyjej zgody zaingeruje w naszą budowę i odmieni naszą grzeszną naturę raz na zawsze. Dlaczego zatem arminianie twierdzą, że prawdziwie kochający Bóg nie może ingerować w nasze doczesne życia?
Według arminian: wolna wola jest potrzebna do prawdziwej miłości - co okazuje się nieprawdą wobec faktu, że Bóg jest miłością; i Stwórca nie może zmieniać naszych umysłów bez naszej zgody, a jednak dokładnie to będzie się dziać w Niebie i - chyba każdy się zgodzi - dzieje się już teraz. Przecież wspominana już historia nawrócenia Pawła pokazuje nieproszoną ingerencję Boga w życie człowieka, który daleki był od bycia pokornym sługą Boga (ale był raczej gorliwym faryzeuszem - jednym z tych, których Jezus wcześniej potępiał). I to właśnie dlatego tak dużo "wątków kalwinistycznych" w listach Pawła, choć oczywiście nie tylko tam znajdziemy fragmenty tej doktryny (Ewangelia wg Jana również jest bardziej "kalwinistyczna").
To tyle, jeśli chodzi o moją krytykę arminianizmu. Nie są to jedyne problemy, które znajduję w tym systemie teologicznym, ale te właśnie chyba najbardziej mnie bolą, gdyż... sam się na nie nadziałem w swoim życiu.
Ciąg dalszy (o teologii reformowanej) nastąpi!
UPDATE: ciąg dalszy nastąpił!
* Nie mam nawet pojęcia, czy dobrze odmieniam ten wyraz w języku polskim... Jest on AŻ TAK rzadko używany...
** Oczywiście "własnymi" nie oznacza, że nikt inny też na to nie wpadł i nie opisał - wręcz przeciwnie, widziałem opracowania stawiające takie same problemy filozoficzne / logiczne / gdybologiczne (a nawet dużo większą ich ilość). Te przedstawione tutaj są jednak moim własnym wytworem, a nie streszczeniem czegoś, co gdzieś wcześniej przeczytałem, toteż znajduję właściwym umieścić takie myśli na blogu :).
*** Obraz, owszem, biblijny, ale jakże często spłaszczający Chrystusa - Mesjasza podtrzymującego każdy atom jakiegokolwiek istnienia przy życiu za pomocą swojego oddechu - do Jezuska - miłego hippisa, dla którego w życiu liczą się tylko emocje i abyśmy czuli się "dobrze"...
wtorek, 19 listopada 2013
Tradycja rozdwojona
Uznaję siebie za protestanta, co oznacza, że moim jedynym źródłem wiedzy o Bogu jest Tradycja Apostolska zapisana i przekazana kolejnym pokoleniom w Biblii. Nie uznaję tradycji ludzkich, przekazywanych ustnie i na zasadzie ogłaszania kolejnych porcji dogmatów, które powstawały na przestrzeni dziejów w odpowiedzi na nowe herezje. Takie postrzeganie Tradycji Apostolskiej ma swoje źródła w czasach Reformacji, gdy Kościół Rzymskokatolicki według pewnych jednostek za daleko odszedł od tego, czego nauczał Jeden, Święty, Powszechny Kościół Apostolski w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. W efekcie postanowiono powrócić do źródeł - czyli do Tradycji, o której na pewno było wiadomo od niemal samego początku Kościoła, że jest nieskażona nauką ludzką - to jest tej zapisanej w Biblii.
Stanowisko to wydaje się rozsądne - trzymać się tego, co bardzo wcześnie ustalił Kościół i spisał w formie Nowego Testamentu. Na tej zasadzie - sola Scriptura - opiera się większość (jeśli nie wszystkie) wyznania protestanckie. Nie uznają one dogmatów i postanowień, które pojawiły się dużo później w historii Kościoła, co nie znaczy jednak, że ze wszystkimi się nie zgadzają - na przykład katolicki dogmat o Trójcy jest wspólny dla wszystkich chrześcijan (choć przeciwnicy idei Trójcy też nazywają siebie chrześcijanami, ale to temat na inną dyskusję). Wydawałoby się zatem, że protestanci rozwiązali już wszystkie problemy z herezjami w XVI-wiecznym Kościele i teraz nie mamy już żadnych wątpliwości, że do rozstrzygnięcia każdej kwestii wystarczy Biblia.
Pojawiają się jednak na naszej drodze co najmniej dwa problemy: mnogość protestanckich denominacji, z których każda twierdzi, że opiera się na Biblii i Biblii tylko i druga kwestia: ciągłość Kościoła na przestrzeni wieków.
Mnie jako protestantowi niejednokrotnie już zarzucono te dwie Wielkie Protestanckie Winy. Jak to jest, że jeden Duch Święty rzekomo pokierował ludźmi tak, aby powstało aż tyle odrębnych wyznań wiary? I co z ludźmi, którzy żyli przed 1517 rokiem, przed Reformacją, ale po pierwszych wiekach chrześcijaństwa, kiedy to, według niektórych protestantów, Kościół Katolicki był zwiedziony, a alternatywy nie było? Duch Święty opuścił Oblubienicę Chrystusa na dobre 1000 lat? W historii Kościoła jest jedna wielka dziura i nikt z tego okresu nie będzie zbawiony?
Istnieją próby odpowiedzi na te pytania - gorsze i lepsze. I mógłbym napisać tutaj o tym, że te 30 000 protestanckich denominacji da się zredukować do trzech, albo że w gruncie rzeczy liczą się rzeczy najważniejsze w danej teologii, a nie sprawy drugo- i trzeciorzędne, co sprawia, że wszyscy protestanci to z grubsza jedna rodzina. Mógłbym napisać, że ciągłość Kościoła nie polega na istnieniu jednej organizacji zbawczej przez cały okres od Jezusa do dziś, ale zdefiniować Kościół jako "zbiór wierzących ludzi", co sprawia, że zawsze istniał Kościół, ale w formie nieco bardziej abstrakcyjnej. Jednak nie będę się wgłębiał w te zagadnienia, ale chciałbym napisać parę słów o Tradycji pozabiblijnej (nie wywodzącej się bezpośrednio z Biblii, np. katolicki dogmat o Wniebowzięciu Maryi) i wskazać, na jakie problemy napotykają jej wyznawcy. Ostatecznie okaże się, że problemy protestantów dają się zredukować do tych samych kwestii, a więc okaże się, że Wielka Protestancka Wina spoczywa na nas wszystkich (co, oczywiście, jej nie usprawiedliwi, ale da pewne odpowiedzi na pewne pytania).
Trzeba rozpocząć od uświadomienia sobie, że w ogóle istnieją co najmniej dwie historyczne Tradycje pozabiblijne - katolicka oraz (często w Polsce zapominana) prawosławna. Kościół Prawosławny również powołuje się na Tradycję pozabiblijną, również zachowuje jej ciągłość od czasów Chrystusa (a przynajmniej tak twierdzi), ale, co najciekawsze, Tradycja prawosławna jest... inna niż katolicka. Wbrew temu, co sądzą niektórzy katolicy, teologia prawosławna to nie to samo, co katolicka minus Papież. Różnice doktrynalne jedynie kończą się na takich kwestiach, jak sprawy rozwodu czy zwierzchnika kościoła - ale naprawdę zaczynają się w rozumieniu grzechu, sensu śmierci krzyżowej czy postrzeganiu Kościoła właśnie. Okazuje się, że jeśli katolicy chcieliby zachować spójność nauczania swojego kościoła, to nie powinni uczęszczać na nabożeństwa prawosławne (i vice versa) - choć często spotykałem się z opinią, że "Kościół Prawosławny jest na tyle podobny do Katolickiego, że w razie czego wierni jednego kościoła mogliby chodzić do drugiego". Jest to tak samo usprawiedliwiona opinia, jak ta, że osoby nie uznające daru modlitwy na językach w dzisiejszych czasach mogą swobodnie uczęszczać na nabożeństwa Kościoła Zielonoświątkowego*.
Nagle problemem staje się ustalenie, który Kościół rzeczywiście przechowuje pełnię Tradycji Apostolskiej nieprzekazanej w Biblii - bo o ile możemy wyśledzić źródła obu teologii idąc od dziś w przeszłość, o tyle przejście w drugą stronę jest niemal niemożliwe po tym, gdy napotka się rozdwojenie w 1054 roku. Jeśli chcielibyśmy przejść od dnia Pięćdziesiątnicy od dziś, by odszukać Kościół Chrystusa (w sensie katolicko-prawosławnym, jeśli wiecie, o co mi chodzi), to po dojściu do Wielkiej Schizmy, jaka miała miejsce w tym roku w Kościele, tak naprawdę nie mamy żadnych obiektywnych narzędzi, by móc stwierdzić, w którą z tych dwóch stron "poszedł" Duch Święty. Rozsądzenie tej sprawy leży w przyjęciu z góry ustalonych założeń - np. rację ma biskup tego miasta, ale nie tamtego lub rację mają ci, ale nie tamci Ojcowie Kościoła. Innymi słowy, każdy może sam sobie dobrać "prawdę" na podstawie własnych przemyśleń i przekonań i na tej podstawie... "wybrać" sobie autorytet, któremu się podporządkuje. Jednocześnie, jeśli będzie chciał być w zgodzie z nauczaniem kościoła, który sobie wybierze, będzie musiał wierzyć, że ten drugi kościół historyczny jest w błędzie lub jest co najmniej niepełny.
Czy to podejście nie brzmi znajomo? Zarzucanie protestantom tworzenia kolejnej denominacji na podstawie własnych przekonań jest tym samym, co zapisywanie się do Kościoła Katolickiego lub Prawosławnego na podstawie... własnych przekonań. Przecież nikt nie uargumentuje, czemu jest katolikiem, a nie prawosławnym lub odwrotnie bez odwoływania się do własnych, subiektywnych opinii. Ba, lepiej, najczęściej (ale nie zawsze) katolik jest katolikiem a prawosławny prawosławnym tylko dlatego, że jego rodzice są tego wyznania. Oznacza to, że przynależność do właściwego Kościoła Chrystusowego jest kwestią szczęścia urodzenia się we właściwej rodzinie i w zasadzie oznacza, że ten drugi (niepełny) kościół jest jedną wielką dziurą na wyznaniowej mapie świata. Zupełnie taką samą dziurą, jak rzekoma dziura czasowa w historii Kościoła według protestantów.
Niestety wpadamy w ten sposób w jakąś formę relatywizmu - poglądu, że nie ma prawdy absolutnej i niezależnej od czegokolwiek. Biblia jednak nie tak przedstawia prawdę - jako zależną od subiektywnych opinii, przez co niewymagającą odpowiedzialności przez swoją niedostępność i nieuchwytność. To stoi w pewnej sprzeczności z akapitami powyżej, ale jednocześnie powyższe rozumowanie jest prawdziwe zawsze wtedy, gdy kościołów powołujących się na Tradycję pozabiblijną jest co najmniej dwa. A my w takiej właśnie sytuacji się znajdujemy.
Cóż zatem? Gdzie jest prawdziwy Kościół Chrystusa? Jeśli jest w Kościele Katolickim lub Prawosławnym, to Bóg za pewne pozostawił obiektywną metodą jego odnalezienia. A jeśli taka metoda istnieje, to prawdopodobnie da się ją zastosować do protestantyzmu, który przecież "wybiera" sobie wiarę na tej samej zasadzie. Jeśli zaś taka metoda nie istnieje - a tak właśnie myślę** - to pozostaje wierzyć, że kto ma uwierzyć i być w odpowiednim kościele, o tego osobiście zadba Duch Święty i taką osobę tam poprowadzi. Wtedy nie musimy się niczego obawiać, gdyż wszystko jest już w rękach Tego, który wie, co dla nas będzie najlepsze. I całe szczęście.
* Proszę mnie tu jednak źle nie zrozumieć - nie nawołuję tu do zamykania kościołów od środka ani do segregacji wyznaniowej - podkreślam po prostu rozmiar różnicy doktrynalnej. W rzeczywistości niech każdy uczęszcza na takie nabożeństwa, na jakie ma ochotę (ale tu zniechęcam od churchingu :)).
** Jeśli ktoś uważa, że zna taką metodę - rozsądzenia w obiektywny sposób, w którym z tych dwóch Kościołów historycznych: Katolickim czy Prawosławnym znajduje się pełnia Tradycji Apostolskiej biblijnej i pozabiblijnej, to proszę - niech da mi znać.
Stanowisko to wydaje się rozsądne - trzymać się tego, co bardzo wcześnie ustalił Kościół i spisał w formie Nowego Testamentu. Na tej zasadzie - sola Scriptura - opiera się większość (jeśli nie wszystkie) wyznania protestanckie. Nie uznają one dogmatów i postanowień, które pojawiły się dużo później w historii Kościoła, co nie znaczy jednak, że ze wszystkimi się nie zgadzają - na przykład katolicki dogmat o Trójcy jest wspólny dla wszystkich chrześcijan (choć przeciwnicy idei Trójcy też nazywają siebie chrześcijanami, ale to temat na inną dyskusję). Wydawałoby się zatem, że protestanci rozwiązali już wszystkie problemy z herezjami w XVI-wiecznym Kościele i teraz nie mamy już żadnych wątpliwości, że do rozstrzygnięcia każdej kwestii wystarczy Biblia.
Pojawiają się jednak na naszej drodze co najmniej dwa problemy: mnogość protestanckich denominacji, z których każda twierdzi, że opiera się na Biblii i Biblii tylko i druga kwestia: ciągłość Kościoła na przestrzeni wieków.
Mnie jako protestantowi niejednokrotnie już zarzucono te dwie Wielkie Protestanckie Winy. Jak to jest, że jeden Duch Święty rzekomo pokierował ludźmi tak, aby powstało aż tyle odrębnych wyznań wiary? I co z ludźmi, którzy żyli przed 1517 rokiem, przed Reformacją, ale po pierwszych wiekach chrześcijaństwa, kiedy to, według niektórych protestantów, Kościół Katolicki był zwiedziony, a alternatywy nie było? Duch Święty opuścił Oblubienicę Chrystusa na dobre 1000 lat? W historii Kościoła jest jedna wielka dziura i nikt z tego okresu nie będzie zbawiony?
Istnieją próby odpowiedzi na te pytania - gorsze i lepsze. I mógłbym napisać tutaj o tym, że te 30 000 protestanckich denominacji da się zredukować do trzech, albo że w gruncie rzeczy liczą się rzeczy najważniejsze w danej teologii, a nie sprawy drugo- i trzeciorzędne, co sprawia, że wszyscy protestanci to z grubsza jedna rodzina. Mógłbym napisać, że ciągłość Kościoła nie polega na istnieniu jednej organizacji zbawczej przez cały okres od Jezusa do dziś, ale zdefiniować Kościół jako "zbiór wierzących ludzi", co sprawia, że zawsze istniał Kościół, ale w formie nieco bardziej abstrakcyjnej. Jednak nie będę się wgłębiał w te zagadnienia, ale chciałbym napisać parę słów o Tradycji pozabiblijnej (nie wywodzącej się bezpośrednio z Biblii, np. katolicki dogmat o Wniebowzięciu Maryi) i wskazać, na jakie problemy napotykają jej wyznawcy. Ostatecznie okaże się, że problemy protestantów dają się zredukować do tych samych kwestii, a więc okaże się, że Wielka Protestancka Wina spoczywa na nas wszystkich (co, oczywiście, jej nie usprawiedliwi, ale da pewne odpowiedzi na pewne pytania).
Trzeba rozpocząć od uświadomienia sobie, że w ogóle istnieją co najmniej dwie historyczne Tradycje pozabiblijne - katolicka oraz (często w Polsce zapominana) prawosławna. Kościół Prawosławny również powołuje się na Tradycję pozabiblijną, również zachowuje jej ciągłość od czasów Chrystusa (a przynajmniej tak twierdzi), ale, co najciekawsze, Tradycja prawosławna jest... inna niż katolicka. Wbrew temu, co sądzą niektórzy katolicy, teologia prawosławna to nie to samo, co katolicka minus Papież. Różnice doktrynalne jedynie kończą się na takich kwestiach, jak sprawy rozwodu czy zwierzchnika kościoła - ale naprawdę zaczynają się w rozumieniu grzechu, sensu śmierci krzyżowej czy postrzeganiu Kościoła właśnie. Okazuje się, że jeśli katolicy chcieliby zachować spójność nauczania swojego kościoła, to nie powinni uczęszczać na nabożeństwa prawosławne (i vice versa) - choć często spotykałem się z opinią, że "Kościół Prawosławny jest na tyle podobny do Katolickiego, że w razie czego wierni jednego kościoła mogliby chodzić do drugiego". Jest to tak samo usprawiedliwiona opinia, jak ta, że osoby nie uznające daru modlitwy na językach w dzisiejszych czasach mogą swobodnie uczęszczać na nabożeństwa Kościoła Zielonoświątkowego*.
Nagle problemem staje się ustalenie, który Kościół rzeczywiście przechowuje pełnię Tradycji Apostolskiej nieprzekazanej w Biblii - bo o ile możemy wyśledzić źródła obu teologii idąc od dziś w przeszłość, o tyle przejście w drugą stronę jest niemal niemożliwe po tym, gdy napotka się rozdwojenie w 1054 roku. Jeśli chcielibyśmy przejść od dnia Pięćdziesiątnicy od dziś, by odszukać Kościół Chrystusa (w sensie katolicko-prawosławnym, jeśli wiecie, o co mi chodzi), to po dojściu do Wielkiej Schizmy, jaka miała miejsce w tym roku w Kościele, tak naprawdę nie mamy żadnych obiektywnych narzędzi, by móc stwierdzić, w którą z tych dwóch stron "poszedł" Duch Święty. Rozsądzenie tej sprawy leży w przyjęciu z góry ustalonych założeń - np. rację ma biskup tego miasta, ale nie tamtego lub rację mają ci, ale nie tamci Ojcowie Kościoła. Innymi słowy, każdy może sam sobie dobrać "prawdę" na podstawie własnych przemyśleń i przekonań i na tej podstawie... "wybrać" sobie autorytet, któremu się podporządkuje. Jednocześnie, jeśli będzie chciał być w zgodzie z nauczaniem kościoła, który sobie wybierze, będzie musiał wierzyć, że ten drugi kościół historyczny jest w błędzie lub jest co najmniej niepełny.
Czy to podejście nie brzmi znajomo? Zarzucanie protestantom tworzenia kolejnej denominacji na podstawie własnych przekonań jest tym samym, co zapisywanie się do Kościoła Katolickiego lub Prawosławnego na podstawie... własnych przekonań. Przecież nikt nie uargumentuje, czemu jest katolikiem, a nie prawosławnym lub odwrotnie bez odwoływania się do własnych, subiektywnych opinii. Ba, lepiej, najczęściej (ale nie zawsze) katolik jest katolikiem a prawosławny prawosławnym tylko dlatego, że jego rodzice są tego wyznania. Oznacza to, że przynależność do właściwego Kościoła Chrystusowego jest kwestią szczęścia urodzenia się we właściwej rodzinie i w zasadzie oznacza, że ten drugi (niepełny) kościół jest jedną wielką dziurą na wyznaniowej mapie świata. Zupełnie taką samą dziurą, jak rzekoma dziura czasowa w historii Kościoła według protestantów.
Niestety wpadamy w ten sposób w jakąś formę relatywizmu - poglądu, że nie ma prawdy absolutnej i niezależnej od czegokolwiek. Biblia jednak nie tak przedstawia prawdę - jako zależną od subiektywnych opinii, przez co niewymagającą odpowiedzialności przez swoją niedostępność i nieuchwytność. To stoi w pewnej sprzeczności z akapitami powyżej, ale jednocześnie powyższe rozumowanie jest prawdziwe zawsze wtedy, gdy kościołów powołujących się na Tradycję pozabiblijną jest co najmniej dwa. A my w takiej właśnie sytuacji się znajdujemy.
Cóż zatem? Gdzie jest prawdziwy Kościół Chrystusa? Jeśli jest w Kościele Katolickim lub Prawosławnym, to Bóg za pewne pozostawił obiektywną metodą jego odnalezienia. A jeśli taka metoda istnieje, to prawdopodobnie da się ją zastosować do protestantyzmu, który przecież "wybiera" sobie wiarę na tej samej zasadzie. Jeśli zaś taka metoda nie istnieje - a tak właśnie myślę** - to pozostaje wierzyć, że kto ma uwierzyć i być w odpowiednim kościele, o tego osobiście zadba Duch Święty i taką osobę tam poprowadzi. Wtedy nie musimy się niczego obawiać, gdyż wszystko jest już w rękach Tego, który wie, co dla nas będzie najlepsze. I całe szczęście.
* Proszę mnie tu jednak źle nie zrozumieć - nie nawołuję tu do zamykania kościołów od środka ani do segregacji wyznaniowej - podkreślam po prostu rozmiar różnicy doktrynalnej. W rzeczywistości niech każdy uczęszcza na takie nabożeństwa, na jakie ma ochotę (ale tu zniechęcam od churchingu :)).
** Jeśli ktoś uważa, że zna taką metodę - rozsądzenia w obiektywny sposób, w którym z tych dwóch Kościołów historycznych: Katolickim czy Prawosławnym znajduje się pełnia Tradycji Apostolskiej biblijnej i pozabiblijnej, to proszę - niech da mi znać.
niedziela, 27 października 2013
Whack-a-mole
![]() |
| Whack-a-mole! |
Piszę o tym automacie, ponieważ w podobną grę, w moim odczuciu, niektórzy grają z samym Bogiem. A konkretniej - wierzą, że Bóg gra z nami wszystkimi. Mam wrażenie, że niektórzy sądzą, że Bóg jest graczem Whack-a-mole, zaś ludzie odgrywają rolę owych kretów, które czasem świadomie lub nie pojawiają się na widoku Stwórcy i, o ile prędko się nie schowają, mogą oberwać młotopodobnym narzędziem po głowie (żeby nie powiedzieć: zginąć).
Poprzez wychylanie się z nory przez człowieka rozumiem zgrzeszenie (pojawienie się na widoku Stwócy), zaś poprzez uderzenie młotkiem przez Boga - utratę zbawienia lub, w ekstremalnym przypadku, uśmiercenie i/lub potępienie w Piekle. Całą taką grę wyobrażam sobie zaś tak: o zbawieniu człowieka decyduje sam człowiek i jeśli zgrzeszy lub - w mniej fatalistycznym wydaniu - trwa w grzechu jakiś dłuższy czas (tylko, serio: jak długi?!), to traci zbawienie i w przypadku śmierci trafia do piekła - zostaje przez Boga zauważony i młotem potępiony do najniższej możliwej nory. Co za niefart! Jeżeli zaś uda się człowiekowi schować z powrotem do nory, to jest: pokutować, wyznać grzechy, przeprosić - to ponownie zostaje zbawiony (odzyskuje zbawienie) i jest bezpieczny... aż do następnego razu, gdy za pewne wykona ten sam grzech, od którego przecież jest uzależniony. Wtedy gra z czasem i ryzyko wychodzenia z domu w strachu przed śmiercią pojawiają się ponownie.
Oczywiście specjalnie tutaj wyolbrzymiam tę wizję, ale to dlatego, aby uwypuklić jej dziecinność. Dziecinność nie jest tu zresztą słowem przypadkowym, gdyż podobne myślenie reprezentują (w Polsce) często młodzi ludzie wychowani od urodzenia w wierzących ewangelicznie rodzinach - w tym i ja zwykłem w ten sposób myśleć i dlatego dzisiaj tak mnie to boli. Mam do dziś wspomnienie co najmniej kilku rozmów z rówieśnikami, w których zadawaliśmy sobie pytanie, co byśmy robili, gdybyśmy wiedzieli, że nasza śmierć nieuchronnie przyjdzie do nas za kilka chwil, kilka sekund. Standardową odpowiedzią była szybka modlitwa o wybaczenie wszystkich grzechów, a potem ogarniały nas frapujące myśli dotyczące tak ważkiej kwestii jak to, czy na pewno zawsze zdążylibyśmy się tak pomodlić... bo jeśli nie, to przecież klops - pewnie są jakieś grzechy, które popełniliśmy od poprzedniej modlitwy i ich nie-wyznanie zaważyłoby na naszym zbawieniu.
Czy zdążylibyśmy... czy zdążylibyśmy... schować się do nory? Czy zdążylibyśmy schować się do nory w obliczu zbliżającego się młotka potępienia? Myślę, że właśnie gra w Whack-a-mole najlepiej oddaje ten schemat myślowy - chyba, niestety, wciąż popularny u wielu osób. Odziera Boży Plan Zbawienia z chwały i dostojności, ale także - z nazwy: oto nagle Plan nie jest planem, ale grą, w której wygrać możesz życie wieczne, ale równie dobrze jutro możesz je stracić. Codziennie musisz żyć w strachu przed wychyleniem się ze swojej świętoszkowatej nory (o której, swoją drogą, pisałem dwa posty temu), a w przypadku takiego niefortunnego zdarzenia narzucasz sobie jakiegoś rodzaju kościelny formalizm i zdajesz raport ze swojego aktualnego grzechu i w ten sposób się oczyszczasz. I jednocześnie - twierdzisz, że Jezus zmarł nie za wszystkie grzechy, ale za wszystkie grzechy od Twojego urodzenia aż do dnia nawrócenia. Kolejne porcje grzechu trzeba każdorazowo na nowo oddawać Jezusowi, żeby za nie umarł. I tak w kółko, byle nie dać się potrącić autu na przejściu dla pieszych sekundę po tym, jak pomyśli się sobie coś grzesznego.
Ale zostawmy już dziecinność: Whack-a-mole w chrześcijaństwie to nie tylko formalizm dotyczący zbawienia wobec "śmierci w grzechu", ale również samo podejście do zbawienia, które z łatwością człowiek może odrzucić, przyjąć i odłożyć na bok. Okazuje się bowiem, że człowiek ma możliwość być zbawiony w nocy, rano stracić na chwilę zbawienie, by po porannej modlitwie ponownie być w Łasce Zbawiennej, ale tylko do pierwszej przerwy w pracy, bo wtedy to zdaje sobie sprawę, jak bardzo złym chrześcijaninem jest - że aż koledzy w pracy chwalą go za byciem "w porządku" zamiast prześladować jak Jezusa i Apostołów. I tak człowiek żyje w potępieniu może nawet do powrotu do domu, gdzie rozmowa ze współmałżonkiem przywraca mu wiarę i po takim lokalnym, domowym nabożeństwie z wychodzeniem na środek pokoju w geście chęci podjęcia decyzji o zbawieniu, człowiek ponownie odzyskuje relację z Bogiem i aż do wieczora jest szczęśliwy, bo, no cóż, udało mu się przetrwać dzień - oszukać system - chwała Bogu, alleluja i do przodu!*
Jeśli czuć w tym tekście frustrację, to tylko dlatego, że jest to uczucie, które z czasem zwykle i nachodzi na takiego człowieka-kreta. Kościół traci sens, Ewangelia traci sens, życie traci sens - jest tylko grą w Whack-a-mole, ucieczką przed potępieńczym wzrokiem Stwórcy, który ciężar jego zbawienia położył na jego barkach i tylko wypatruje, któremu to zdarzy się zgrzeszyć, a wtedy - ciach i do piachu. Jest to, według mnie, bardzo instrumentalne podejście do kwestii zbawienia, które Bóg dał nam w Chrystusie Jezusie i prowadzić może właśnie do frustracji spowodowanej chrześcijaństwem, a w efekcie do życia w poczuciu potępienia, winy, beznadziei, a w najgorszym scenariuszu - chyba nie muszę tego pisać. Bardzo razi mnie takie podejście do Boga, który z ludźmi gra w niezbyt budującą grę i dlatego będę zwalczał takie myślenie ilekroć będę miał ku temu okazję.
Zatem: jeśli Bóg zbawił, to zbawił, a nie udzielił zbawienia tymczasowego, warunkowanego aktualnym stanem duchowym człowieka. A jeśli zbawił, to On - swoją mocą - będzie to podtrzymywał i dopełni wszystkie postanowienia swojego Planu względem zbawionych. Ilekroć ktoś będzie przechodził przez depresyjną dolinę zwątpienia czy bólu istnienia - tylekroć Bóg go z tego wyciągnie i przez takie przeżycia pokaże coś nowego i nauczy życia w sposób, w jaki dobry Ojciec czasem pozwoli dziecku się przewrócić, ale nigdy nie puści wolno na środek autostrady. Bóg nie gra z nami w Whack-a-mole, ale oczyszcza i szlifuje, abyśmy z kawałka brudnej skałki stali się w przyszłości prawdziwymi diamentami. I choć czasem ta szlifierka boli, nigdy nie jest jednak potępieniem i odrzuceniem.
PS
Obrazek znaleziony w Google Grafika, źródło:
http://www.zdnet.com/blog/apple/apple-plays-whack-a-mole-with-malware-authors-updated/10239
* Ten opis również jest, oczywiście, przesadzony i niekoniecznie zachodzi w ciągu jednego dnia, ale - wiecie, o co mi chodzi, prawda?
piątek, 27 września 2013
Kościół pełen grzeszników
Kościół ma bardzo wiele funkcji w Nowym Testamencie - a więc i w naszym tzw. "życiu codziennym". Jest, na przykład, mistycznym ciałem Chrystusa, Jego Oblubienicą, ludem Bożym czy nowym Izraelem. Ja osobiście bardzo lubię "medyczny" charakter Kościoła, to jest Kościół jako szpital dla grzeszników.
Nie jest to obraz wzięty z powietrza - wymyślił go sam Jezus:
Mt 9: (10) A gdy Jezus siedział w domu za stołem, wielu celników i grzeszników przyszło, i przysiedli się do Jezusa i uczniów jego. (11) Co widząc faryzeusze, mówili do uczniów jego: Dlaczego Nauczyciel wasz jada z celnikami i grzesznikami? (12) A gdy [Jezus] to usłyszał, rzekł: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają. (13) Idźcie i nauczcie się, co to znaczy: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Nie przyszedłem bowiem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników.
Okazuje się bowiem, że sam Jezus sprzeciwia się fałszywej religijności i pseudo-pobożności pewnych ludzi. Nagle sensem istnienia nie okazuje się bycie doskonałym przed bardzo wymagającym Stwórcą - który przecież w Starym Testamencie żądał od ludzi rzeczy niemożliwych (i to bardzo dosłownie!) - czy też oddzielanie siebie samego od tego złego, zepsutego świata. Oto teraz sam Bóg osobiście zasiada do stołu z jednymi z najbardziej pogardzanych ludzi w ówczesnym bliskowschodnim półświatku. Trudno sobie dziś wyobrazić Boga - wielkiego Stwórcę wszechrzeczy - siedzącego w osobie Jezusa przy stole w McDonaldzie z gwałcicielami, seryjnymi mordercami, oszustami podatkowymi i politykami, prawda?
Tak jak Bóg kiedyś wymagał od Izraela nienagannych zachowań, tak teraz woła tych najgorszych*, aby... po prostu przyszli, a On... ich uzdrowi. Niech grzesznicy przyjdą, zadomowią się w Jego ośrodku (później znanym jako "Kościół"), a On - lekarz doskonały przyjdzie i... ich uzdrowi. Nie woła tych, którzy Go nie potrzebują (a przynajmniej tak im się wydaje) - pobożnych faryzeuszy, którzy są dalece ponad tymi strasznymi i brudnymi grzesznikami i najchętniej sami by się zbawili - takie zbawienie bez Boga jest modne i dziś.
Prawdopodobnie napisałem rzeczy oczywiste - i bardzo chciałbym, żeby tak właśnie było - ale wśród swoich znajomych w Kościele (jak i w kościele) spotykam się czasem z pogardą względem grzeszników. Promuje się życie doskonałe, ukazuje wzory do naśladowania w osobach tzw. bohaterów biblijnych jak Dawida, Salomona, Piotra czy Pawła. Skrzętnie zamiata się pod dywan wstydu własne występki, ale chętnie okazuje cudze grzechy jako cudowny anty-przykład dla dzieci na szkółce.
"Dawno nie widziałem Jana Kowalskiego, wiesz, co się z nim dzieje?"
"A, on... nie chodzi do kościoła. Widziałem go raz na mieście z papierosem i jak się obściskiwał z jakąś półgołą babeczką."
"Ojej, a więc i go świat pochłonął."
"Tak jest, poddał się panu tego świata i teraz tarza się w błocie grzechu..."
"Cytując Pismo: i powrócił pies do wymiocin swych."
"Amen, bracie!"
To chyba typowy przykładowy dialog, jaki słyszę w tej kwestii. I skłamałbym, gdybym powiedział, że sam nie uczestniczyłem w podobnej rozmowie. Rozmowie, która de facto mówi: "patrz, jaki on jest zły, sprzedał się i zatracił, nie to co my - święci i nienaganni!". A tymczasem jest zwyczajna nieprawda - w tym sensie, że żaden człowiek z siebie nie jest święty i nienaganny. Wszystko to tylko dzięki Bogu, który sprawia w nas chcenie i wykonanie - a to po to, byśmy sobą się nie chlubili, ale raczej wielbili Boga:
Flp 2: (12) Przeto, umiłowani moi, jak zawsze, nie tylko w mojej obecności, ale jeszcze bardziej teraz pod moją nieobecność byliście posłuszni; z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie. (13) Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie i wykonanie.
Ef 2: (3) Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni; (4) ale Bóg, który jest bogaty w miłosierdzie, dla wielkiej miłości swojej, którą nas umiłował, (5) i nas, którzy umarliśmy przez upadki, ożywił wraz z Chrystusem - łaską zbawieni jesteście - (6) i wraz z nim wzbudził, i wraz z nim posadził w okręgach niebieskich w Chrystusie Jezusie, (7) aby okazać w przyszłych wiekach nadzwyczajne bogactwo łaski swojej w dobroci wobec nas w Chrystusie Jezusie. (8) Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; (9) nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. (10) Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili.
Wcześniej wspomniani "bohaterowie biblijni" też sami z siebie tacy "święci" nie byli - Dawid miał romans z Batszebą i popełnił morderstwo z premedytacją; Salomon poddał się swoim pożądliwościom względem pięknych kobiet spoza Izraela; Piotr zapierał się swojego Mistrza jak najgorszy tchórz, a Pawła jego świętoszkowatość zaprowadziła do mordowania pierwszych chrześcijan. Można mówić dalej: o upartym Jonaszu czy niecierpliwym Abrahamie.
Marzy mi się Kościół, w którym mogę śmiało wyznawać braciom i siostrom swoje grzechy:
Jak 5: (16) Wyznawajcie tedy grzechy jedni drugim i módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego.
Marzy mi się, aby grzech nie był tematem tabu, albo, co gorsza, dowodem mojej rzekomej niewiary. Marzy mi się, aby grzech nie był środkiem osądzania, ale chorobą, z której sam Jezus - lekarz doskonały - mnie leczy i prowadzi w swej terapii ku świętości. Nie zapraszajmy do zborów ludzi, których się nie wstydzimy, bo są dobrzy - zaprośmy tych, którym faktycznie przydałoby się leczenie. I nie czujmy się tym zgorszeni (ja wiem - łatwo mówić; ja sam pewnie okazałbym się pierwszym do osądzania). Niech Kościół będzie pełen grzeszników - ludzi chorych na grzech (również pospolity...), chorych dla ukazania chwały Boga, a nie... faryzeuszy.
Po co mamy udawać kogoś, kim nie jesteśmy przed Bogiem?
Naprawdę mam nadzieję, że wszystko, co napisałem, jest oczywistością. Możliwe, że powyższy tekst jest skierowany tylko do mnie :).
Żeby była jasność: nie, nie proponuję grzeszyć ze szczęścia, że dzięki temu uwypuklamy chwałę Boga i Jego miłosierdzie. Takie zrozumienie przewidział i Paweł:
Rz 6: (1) Cóż więc powiemy? Czy mamy pozostać w grzechu, aby łaska obfitsza była? (2) Przenigdy! Jakże my, którzy grzechowi umarliśmy, jeszcze w nim żyć mamy? (3) Czy nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni? (4) Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili.
Grzeszymy, ale nie grzeszmy. A jak nam się to zdarzy - mamy orędownika w Niebie. Wyznawajmy więc między sobą nasze złe myśli i czyny i cieszmy się z oswobodzenia, które mamy w Chrystusie.
* Oczywiście przecież wszyscy wiemy, że ci "najgorsi" to ludzie pokroju Hitlera czy Stalina - zdemoralizowani i zdegenerowani psychopaci, którzy mordują, gwałcą i grabią. W żadnym, ale to w żadnym wypadku problem grzechu nie dotyczy nas - przecież Jezus przyszedł do najgorszych grzeszników, a nie do zwykłych zjadaczy chleba, prawda**?
** Tak, to sarkazm :).
Nie jest to obraz wzięty z powietrza - wymyślił go sam Jezus:
Mt 9: (10) A gdy Jezus siedział w domu za stołem, wielu celników i grzeszników przyszło, i przysiedli się do Jezusa i uczniów jego. (11) Co widząc faryzeusze, mówili do uczniów jego: Dlaczego Nauczyciel wasz jada z celnikami i grzesznikami? (12) A gdy [Jezus] to usłyszał, rzekł: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają. (13) Idźcie i nauczcie się, co to znaczy: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Nie przyszedłem bowiem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników.
Okazuje się bowiem, że sam Jezus sprzeciwia się fałszywej religijności i pseudo-pobożności pewnych ludzi. Nagle sensem istnienia nie okazuje się bycie doskonałym przed bardzo wymagającym Stwórcą - który przecież w Starym Testamencie żądał od ludzi rzeczy niemożliwych (i to bardzo dosłownie!) - czy też oddzielanie siebie samego od tego złego, zepsutego świata. Oto teraz sam Bóg osobiście zasiada do stołu z jednymi z najbardziej pogardzanych ludzi w ówczesnym bliskowschodnim półświatku. Trudno sobie dziś wyobrazić Boga - wielkiego Stwórcę wszechrzeczy - siedzącego w osobie Jezusa przy stole w McDonaldzie z gwałcicielami, seryjnymi mordercami, oszustami podatkowymi i politykami, prawda?
Tak jak Bóg kiedyś wymagał od Izraela nienagannych zachowań, tak teraz woła tych najgorszych*, aby... po prostu przyszli, a On... ich uzdrowi. Niech grzesznicy przyjdą, zadomowią się w Jego ośrodku (później znanym jako "Kościół"), a On - lekarz doskonały przyjdzie i... ich uzdrowi. Nie woła tych, którzy Go nie potrzebują (a przynajmniej tak im się wydaje) - pobożnych faryzeuszy, którzy są dalece ponad tymi strasznymi i brudnymi grzesznikami i najchętniej sami by się zbawili - takie zbawienie bez Boga jest modne i dziś.
Prawdopodobnie napisałem rzeczy oczywiste - i bardzo chciałbym, żeby tak właśnie było - ale wśród swoich znajomych w Kościele (jak i w kościele) spotykam się czasem z pogardą względem grzeszników. Promuje się życie doskonałe, ukazuje wzory do naśladowania w osobach tzw. bohaterów biblijnych jak Dawida, Salomona, Piotra czy Pawła. Skrzętnie zamiata się pod dywan wstydu własne występki, ale chętnie okazuje cudze grzechy jako cudowny anty-przykład dla dzieci na szkółce.
"Dawno nie widziałem Jana Kowalskiego, wiesz, co się z nim dzieje?"
"A, on... nie chodzi do kościoła. Widziałem go raz na mieście z papierosem i jak się obściskiwał z jakąś półgołą babeczką."
"Ojej, a więc i go świat pochłonął."
"Tak jest, poddał się panu tego świata i teraz tarza się w błocie grzechu..."
"Cytując Pismo: i powrócił pies do wymiocin swych."
"Amen, bracie!"
To chyba typowy przykładowy dialog, jaki słyszę w tej kwestii. I skłamałbym, gdybym powiedział, że sam nie uczestniczyłem w podobnej rozmowie. Rozmowie, która de facto mówi: "patrz, jaki on jest zły, sprzedał się i zatracił, nie to co my - święci i nienaganni!". A tymczasem jest zwyczajna nieprawda - w tym sensie, że żaden człowiek z siebie nie jest święty i nienaganny. Wszystko to tylko dzięki Bogu, który sprawia w nas chcenie i wykonanie - a to po to, byśmy sobą się nie chlubili, ale raczej wielbili Boga:
Flp 2: (12) Przeto, umiłowani moi, jak zawsze, nie tylko w mojej obecności, ale jeszcze bardziej teraz pod moją nieobecność byliście posłuszni; z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie. (13) Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie i wykonanie.
Ef 2: (3) Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni; (4) ale Bóg, który jest bogaty w miłosierdzie, dla wielkiej miłości swojej, którą nas umiłował, (5) i nas, którzy umarliśmy przez upadki, ożywił wraz z Chrystusem - łaską zbawieni jesteście - (6) i wraz z nim wzbudził, i wraz z nim posadził w okręgach niebieskich w Chrystusie Jezusie, (7) aby okazać w przyszłych wiekach nadzwyczajne bogactwo łaski swojej w dobroci wobec nas w Chrystusie Jezusie. (8) Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; (9) nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. (10) Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili.
Wcześniej wspomniani "bohaterowie biblijni" też sami z siebie tacy "święci" nie byli - Dawid miał romans z Batszebą i popełnił morderstwo z premedytacją; Salomon poddał się swoim pożądliwościom względem pięknych kobiet spoza Izraela; Piotr zapierał się swojego Mistrza jak najgorszy tchórz, a Pawła jego świętoszkowatość zaprowadziła do mordowania pierwszych chrześcijan. Można mówić dalej: o upartym Jonaszu czy niecierpliwym Abrahamie.
Marzy mi się Kościół, w którym mogę śmiało wyznawać braciom i siostrom swoje grzechy:
Jak 5: (16) Wyznawajcie tedy grzechy jedni drugim i módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego.
Marzy mi się, aby grzech nie był tematem tabu, albo, co gorsza, dowodem mojej rzekomej niewiary. Marzy mi się, aby grzech nie był środkiem osądzania, ale chorobą, z której sam Jezus - lekarz doskonały - mnie leczy i prowadzi w swej terapii ku świętości. Nie zapraszajmy do zborów ludzi, których się nie wstydzimy, bo są dobrzy - zaprośmy tych, którym faktycznie przydałoby się leczenie. I nie czujmy się tym zgorszeni (ja wiem - łatwo mówić; ja sam pewnie okazałbym się pierwszym do osądzania). Niech Kościół będzie pełen grzeszników - ludzi chorych na grzech (również pospolity...), chorych dla ukazania chwały Boga, a nie... faryzeuszy.
Po co mamy udawać kogoś, kim nie jesteśmy przed Bogiem?
Naprawdę mam nadzieję, że wszystko, co napisałem, jest oczywistością. Możliwe, że powyższy tekst jest skierowany tylko do mnie :).
Żeby była jasność: nie, nie proponuję grzeszyć ze szczęścia, że dzięki temu uwypuklamy chwałę Boga i Jego miłosierdzie. Takie zrozumienie przewidział i Paweł:
Rz 6: (1) Cóż więc powiemy? Czy mamy pozostać w grzechu, aby łaska obfitsza była? (2) Przenigdy! Jakże my, którzy grzechowi umarliśmy, jeszcze w nim żyć mamy? (3) Czy nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni? (4) Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili.
Grzeszymy, ale nie grzeszmy. A jak nam się to zdarzy - mamy orędownika w Niebie. Wyznawajmy więc między sobą nasze złe myśli i czyny i cieszmy się z oswobodzenia, które mamy w Chrystusie.
* Oczywiście przecież wszyscy wiemy, że ci "najgorsi" to ludzie pokroju Hitlera czy Stalina - zdemoralizowani i zdegenerowani psychopaci, którzy mordują, gwałcą i grabią. W żadnym, ale to w żadnym wypadku problem grzechu nie dotyczy nas - przecież Jezus przyszedł do najgorszych grzeszników, a nie do zwykłych zjadaczy chleba, prawda**?
** Tak, to sarkazm :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
